Jest nas wielu, jednak myślimy spójnie.
Jesteśmy jednością, ale każdy z nas ma zupełnie inny, wyjątkowy charakter.
Kłócimy się, ale kłótnie nie trwają dłużej niż kilka minut.
Cieszymy się, kiedy na twarzy chociaż jednego z nas zagości uśmiech.
Jesteśmy smutni, kiedy chociaż jednemu z nas przydarzy się coś niepokojącego.
Martwimy się o siebie, wystawiając na próbę nasze zaufanie.
Bawimy się, pamiętamy, wspominamy, jak jeden mąż.
Nurtuje mnie ostatnio tylko jedno pytanie:
Co, jeśli wszystko się zmieni?
Od dawna przeczuwam, że jedna, zbyt cicha chwila, nieumyślnie wypowiedziane słowa, czy zdarzenie, które miałoby odmienić nasze życie zbliża się wielkimi krokami. Niemalże potrafię wyczuć na karku gorący oddech przyszłości, który wkrada się pod powierzchnię mojej skóry i przyprawia mnie o gwałtowne dreszcze, jednocześnie mieszając mi w głowie. Z niepokojem spoglądam na niebo, starając się dostrzec przyczynę moich obaw, jednakże zlewa on się z tłem, najwyraźniej nie będąc na tyle pewnym, by spróbować nas rozdzielić. Rozłączyć coś, czego historia wrasta korzeniami w przeszłość, trzymając się mocno i chroniąc od huraganu.
Wszystko zaczęło się dawno temu, kiedy wszyscy byliśmy obcymi sobie dziećmi z otwartymi na oścież księgami gotowymi do swoich własnych zapisków. Wymykając się spod czujnego oka matek i ich pobłażliwego dotyku, rozpaczliwie próbującego ochronić swoje dzieci przed popełnieniem błędów, które miałyby tworzyć swój własny, niepowtarzalny rozdział. Ignorując ich delikatne uśmiechy i smutny wzrok, długo odprowadzające ich ginące w półmroku sylwetki.
Byliśmy normalnymi dzieciakami, pochodzącymi z małej miejscowości w Virginii. Dorastaliśmy razem, ucząc się niemalże na pamięć swoich typowych zachowań i reakcji. Teraz, po wielu latach, możemy rozpoznać siebie nawzajem choćby po dudnieniu kroków na korytarzu.
Trzymaliśmy się razem, bo tak nam było wygodnie. Wszyscy razem, zebrani do kupy, rozumiejący się nawet bez słów. To było niesamowite.
Do czasu, kiedy nieuchronny koniec pojawiał się powoli na horyzoncie, a my jak na złość nie chcieliśmy go widzieć. Kiedy pozostało nam jednak niewiele czasu, zaczęliśmy pojmować, jak ciężko nam będzie bez siebie nawzajem.
Umierała cząstka nas, jednak pozostawało pytanie, czy nie potrafiliśmy jej uratować?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz